TYLKO MIŁOŚĆ MOŻE POKONAĆ NIENAWIŚĆ
Rozmiar: 20558 bajtów Z Orędzia Miłosiernej Miłości do Małych Dusz
4 stycznia 1967 (E. 83)
Małgorzata: Ujrzałam na Niebie Twój znak. A Miłość, jak biały gołąb, który śmiało rozwija swe skrzydła, zleciała na moją zranioną przez życie duszę. Z zachwytem odczułam jej boskie dotknięcie. Zdobyta przez nią, spoczęłam w cichym gniazdku, które od wieków przygotowała mi z tak wielką dobrocią. Pod jej ochronnym skrzydłem poznałam życie w jego pełnej piękności. Mój wzrok z największym zdumieniem zatopił się w głębię największej tajemnicy: w miłość Boga do Swego stworzenia. Z czułością wtajemniczała mnie w swoje tajemnice. Od poznania do poznania stało mi się jasne - Alleluja - że to, co szukałam od dawna, miałam przed sobą. Przejęta czcią i wzruszeniem oddałam się na zawsze Miłości.


Kto nie przebacza pozostaje więźniem

Pod tym tytułem ukazał się w tygodniku "Famille Chretienne" (25 III 1999) artykuł - wywiad z Joan Barbusem, Rumunem, który przesiedział 17 lat w rumuńskich więzieniach komunistycznych za to, że był katolikiem.
Mało mówił o sobie. Wyglądał w czasie rozmowy jak dziecko zażenowane, że ktoś nim się interesuje. Przedtem pewne szczegóły z jego życia podała żona Salsa i dwie ich córki Anca i Michaela.
Było to w 1947r. Barbus zaczynał 30 rok życia po trzech latach spędzonych na froncie. Reżim komunistyczny poczytał mu za winę, że należał do Kościoła unickiego i do narodowej partii chłopskiej. Uznano to za "spisek przeciwko porządkowi publicznemu". Z więzienia wyszedł w 1964r.
Czy przebaczył? Joan Barbus zdziwił się tym pytaniem. Wyznał po prostu: "Nigdy nie przeszła mi myśl o zemście. Zawsze patrzyłem na ludzi od tej strony, która ich zbliża najwięcej do Boga". Dodaje: "Nie wyszedłem z więzienia, aby myśleć o zemście, ale nie mogę zapomnieć".
80-letni Joan milknie, spogląda dłużej na żonę. Spojrzenie bolesne. Cicho wyznaje: "Tych cierpień już się nie liczy, choć były straszne". Twarz starca przebiega lekki skurcz, kilka łez zwilża mu oczy. Mówi dalej: "Upokorzenia nieraz podnoszą bardzo człowieka... Przeszedłem wszystkie możliwe upokorzenia..." Przy każdym zdaniu zadaje sobie gwałt. Niemal szeptem kończy: "Lata cierpień należą do mnie... One są moje... Ale to cierpienie powierzam Bogu..."
To było jedyne wspomnienie doświadczeń. O torturach ani słowa. W trosce o sprawiedliwość wobec ojca opowiadają mi o tych latach niewoli jego córki, które go kochają i zarazem podziwiają. Przez siedem lat i trzy miesiące, między 1956 a 1963r., nie stykał się z żadną istotą ludzką. Miał zakazane mówić do kogokolwiek. Nie wolno mu było widzieć jakiejkolwiek osoby, nawet strażnika. Nie mógł nic czytać, nic pisać, nawet na skrawku papieru, przez lata. Raz tylko, pewnego dnia w 1958r., w tym odczłowieczonym środowisku w Ramnieu Sarat, zjawiły się istoty żywe, dwie myszy, które oswoił. Pewnej nocy okrutna ręka je zabiła. Rano znalazł je nieżywe w jaskrawym świetle żarówki wciąż zapalonej.
"Co mi pozwoliło przetrzymać wszystkie te lata? Wiara, modlitwa. To właśnie wiara i miłość chrześcijańska powodują różnicę między tymi, co przebaczają, i tymi co nie przebaczają. To prawda, że niektórzy chrześcijanie nie przebaczają; ale są 'chrześcijanie' i 'chrześcijanie'..."
Joan Barbus nie wydaje sądów; stwierdza. Wszystko w tej istocie, którą wyciosały wiara i miłość, oddycha miłosierdziem. Świadczą o tym na swój sposób "piękne historie" więzienne, jak to teraz nazywają.
"Było to w 1950r. w więzieniu w Aind. Mój mąż musiał dzielić celę z pewnym więźniem pospolitym, bardzo niebezpiecznym. Było zimno. Joan miał kołdrę, którą się otulał, by przetrwać. Tamten nic nie miał. Mój mąż zawołał go do siebie, by też skorzystał z kołdry. Nieszczęśnik nie mógł uwierzyć! Po latach ten człowiek roznosił jedzenie więźniom politycznym. Rozpoznał mego męża. By odwdzięczyć się za tamten gest, mimo ryzyka wspierał mojego męża, który był wtedy chory. To prawdopodobnie ocaliło mu życie..."
Joan Barbus uśmiechnął się nieco, ale to nadało słodyczy i siły jego głosowi. "Jestem człowiekiem szczęśliwym, bo mimo wszystko uważam, że żyję bezpłatnie... W więzieniu nawet przez myśl mi nie przeszło, że pewnego dnia będę mógł mieć dwie córki. Kiedy budzę się i otwieram oczy, mogę tylko dziękować Bogu, bo On mi je dał".
Przy pożegnaniu zostawia mi ostatnie zawierzenie. "Pani wie, że 'pardon' po rumuńsku pochodzi od słowa 'uwolnić'... Przebaczenie wywołuje nadzwyczajne odczucie, daje człowiekowi pełniejszą wolność... Ten kto nie przebacza, nie może być wolnym..."


Na świecie ciągle wojny moc,
jej okrucieństwa i rzezie,
broń, Panie, przed nią ziemię swą,
ja tylko w Miłość wierzę.

Że zło zwyciężać trzeba złem,
a za nienawiść – złością,
chroń, Panie, przed nią nasze serca
i napój je Miłością.

Że trzeba deptać świętość serc
i wierzyć w siłę pięści,
rozświetlij, Boże, rozum nasz,
niech w duszach Miłość się mieści.

Człowiek wciąż w grzechu pychy trwa,
gdzie nie istnieje Bóg,
o Panie, otwórz serca nam,
by każdy Miłość nieść mógł.


Zofia Ewa Szczęsna


Eucharystia – sposobem na życie

o. Jerzy Szyran OFMConv
Jaki wycinek naszego dnia poświęcamy na sprawy Jezusa? My chrześcijanie, a więc ludzie Chrystusa? Tłumaczenie często jest wciąż to samo - zajęcia, praca, zajęcia... Postępujemy według wzoru:

praca włożona + czas = efekt

natomiast zaproszenie Jezusa do codziennych zajęć dokonuje niezwykłego fenomenu - skraca się czas ich wykonania, a polepsza efekt. Dlaczego tak? Bo Bóg widzi, że mamy czas dla Niego i Jego stawiamy na pierwszym miejscu w hierarchii spraw dnia codziennego. Dlatego właśnie oświeca nasz umysł, dodaje sił i zdolności, by szybciej wykonać prace, o których On wie, że musimy wykonać dla dobra rodziny, społeczeństwa czy narodu.
Te wszystkie sprawy Jemu oddane, nabierają nowego obrotu. Już nie jestem sam z moim problemem, jest nas dwóch, przy czym ten Drugi może wszystko. I to jest właśnie źródło spokoju tak wielu świętych.
Codzienna modlitwa i Eucharystia stawiają nasz dzień i życie w zupełnie nowym świetle. W ciągu pół godziny oddaję Bogu 24 godziny mojego życia, oddaję Mu całe moje życie, gdyż On wie lepiej, co z nim zrobić, bym się zbawił.
Słuchamy słowa, lecz brakuje nam w duszy wizji, którą może dać tylko prawdziwa wiara - wizji, że to słowo nie głosi młody czy stary, mądry czy głupi kapłan, lecz Jezus i tak go należy słuchać. Bez wiary w aktualność słowa Bożego nie będziemy w stanie wprowadzić go w nasze życie ani żyć nim pośród różnych kłopotów, jakie niesie dzień. Właśnie Maryja miała tę wizję w duszy, kiedy słyszała słowo Boga wypowiedziane przez anioła, i dzięki niej bez protestu odpowiedziała "Tak" na propozycję Najwyższego (por. Łk 1, 26 - 38).
Liturgia Słowa jest drogą do Emaus - słyszymy głos, a nie widzimy postaci. Jednak nasze oczy nie mogą być na uwięzi, jak owych uczniów - w nas serce drga, bo wiemy, że to Pan przemawia (por. Łk 24, 13 - 35). Dopiero takie słuchanie przynosi owoc, który pokaże nam jak naprawdę żyć z Jezusem.
Eucharystia w języku greckim oznacza dziękczynienie i chyba mamy wiele powodów do wdzięczności Bogu za wszystko, co nam dał. Wystarczy przypomnieć sobie fakt naszego stworzenia i fenomen, że wciąż żyjemy, trwamy i jesteśmy. Również nasze zdolności, intelekt i zdrowie, dzięki którym możemy zarabiać na nasze utrzymanie, są Jego darem. Istnieje jednak coś o wiele większego, za co powinniśmy dziękować Bogu - fakt odkupienia! Przez swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie Bóg darował nam winy, raz na zawsze zapłacił rachunek, który po ludzku był nie do zapłacenia. Zadaniem człowieka jest uwierzenie i zaakceptowanie tego faktu.
Chrystus w czasie ostatniej wieczerzy połamał swoje Ciało i dał je do spożywania uczniom, mówiąc, by czynili to na Jego pamiątkę (por. Łk 22, 19). W każdej Mszy świętej ponawia się ten gest łamania dla... Chrystus oddaje się człowiekowi bez reszty, łamie się dla niego i rozdaje.
Człowiek żyjący Eucharystią, człowiek naśladujący Chrystusa winien odwzorowywać w sobie ów gest łamania, łamania siebie dla... Najpierw łamania siebie samego czyli walki ze swoimi słabościami, ze swoimi złymi nawykami, a następnie łamania swego "ja" ku służbie bliźnim na wzór słów Chrystusa: Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu (Mk 10, 45). Św. Maksymilian zrozumiał to doskonale. Każdego dnia "łamał" swój choleryczny temperament i podporządkowywał się woli Bożej, objawionej przez usta przełożonych. Jego "Regulamin życia" (por. POMK V, 851) pokazuje, że wiedział doskonale, z czym ma walczyć i jakimi środkami.
Ciało Chrystusa rozdzielane w czasie Mszy świętej ma tajemniczą moc. Przede wszystkim jest Go tak dużo, iż nie zabraknie dla nikogo, kto tylko chce się Nim posilać. W Komunii świętej w sposób równy Jezus przychodzi do każdego człowieka i im bardziej ten jest otwarty na Jego działanie, tym bardziej Chrystus ogarnia jego życie i przemienia.
Na koniec każdej Mszy świętej słyszymy słowa rozesłania, lecz swą pełnię i swoje prawdziwe znaczenie znajdują one w języku łacińskim: Ite missa est - Idźcie, jesteście posłani. Czyż te słowa nie przypominają nam ostatniego nakazu, jaki Jezus dał apostołom tuż przed swoim wniebowstąpieniem (por. Łk 24, 44 - 49)? W czasie Eucharystii przeżywamy zbawcze etapy życia Jezusa - Jego nauczanie (Liturgia Słowa), Jego mękę, śmierć i zmartwychwstanie (Liturgia eucharystyczna) i Jego cuda w Komunii świętej, kiedy przemienia nas na ludzi nowych.
Idźcie, jesteście posłani oznacza nakaz świadczenia o tym, co tu usłyszałem i zobaczyłem, świadczenia słowem, ale także i życiem. Oto ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata (Mt 28, 20) - On żyje i my mamy być tego świadkami, jeśli nie wierzymy w Niego, Msza święta nie zrobi na nas większego wrażenia i wrócimy do domu, jakbyśmy z niego w ogóle nie wychodzili.
Źródło - Rycerz Niepokalanej 10/1999
© BZ - Łódź 2009 Wszystkie prawa zastrzeżone.